GALERIA

 
 
Pamiętnik intymny Andrzeja Fogtta

To coś nieuchwytnego i niekonkretnego,
A mimo to zawiera w sobie formę,
Zawiera w sobie substancję,
Niewyraźne i niejasne,
A mimo to zawiera jądro witalności,
Niesłabnącą szczerość,

z Tao

Wszystkie znane mi obrazy Andrzeja Fogtta wydają się, że są malowane długo i mozolnie, z dużym napięciem po to, aby wydobyć z nich tę sugestywną ekspresję, z której artysta słynie. I oto, całkiem niespodziewanie, powstały niemal równolegle portrety, namalowane w trakcie jednego posiedzenia, jednej szczęśliwej chwili, kilkoma dosłownie ruchami pędzla, kreskami, albo grubym maźnięciem, położonym wbrew artystycznemu rozsądkowi, który dominował w „Żywiołach“.

Fogtt puszcza swobodnie rękę i oko, zdaje się tutaj tylko na swój instynkt. Mówi, że instynkt go uratuje. Maluje więc intuicyjnie. O ile w wielkich formatach czuć jego siłę, magię szpachli i gestu, tak tu, wyczuwa się wypełzającą zewsząd intymność. Banalizację poszukiwań utraconego sensu. Przenikanie malarstwa i posiadanie absolutnej prawdy. Tego zawsze chciał. To też jest fenomen w wymiarze i kształcie jego twórczości.

Inklinacje Fogtta do manierycznej krechy widać na każdym kroku. Ma ją od początku, od swych źródeł, odkąd trafił do Poznania, gdzie studiował w PWSSP. Fogtt wspomina: „…spotkanie z profesorem Zdzisławem Kępińskim z pewnością miało wielki wpływ na moją malarską drogę. Jego słynne powiedzenie, czy ma pan czynną paletę przeszło do historii uczelni“. Albo, w innym miejscu, pisze: „jako pracownię dodatkową wybrałem pracownię tkaniny. Sama tkanina mnie jednak nie fascynowała. Magnesem była pani profesor Magdalena Abakanowicz. Wielka osobowość, zawsze ubrana na czarno, przywoziła do uczelni światowe powietrze, siłę i energię sztuki z Paryża, Nowego Jorku czy Londynu…“

Z czasów szkolnych przywraca pamięci, oprócz tej wspomnianej dwójki, portrety Stanisława Teisseyre i Stanisława Zamecznika, kolejnych wielkich ikon sztuki polskiej, które wpłynęły na jego osobowość. Chciałoby się, w tym miejscu powiedzieć, że Fogtt rozminął się z prawdą. Jego „Żywioły“ to organizm nieskończenie wibrujący cząstkami materii. Doskonale łączący fakturę tkaniny, malarskiej ekspresji i wreszcie autonomicznej wartości, można rzec, monumentalnej struktury. Do studiowania tkaniny, być może nie dojrzał wtedy, kiedy pisał te słowa, lecz jego rzemiosło i bogactwo narzędzi, wyobraźnia oraz talent, pozwalają przypuszczać, że właśnie w tkaninie byłby znakomitym kreatorem.

Ale to tylko słowa obserwatora, w takim przypadku artysta musi sam odpowiadać na pytania, co dla niego jest oczywiste i niepodważalne.

A zatem mamy portrety przyjaciół, znanych osób z kręgu artystycznego świata: malarzy, poetów, pisarzy, aktorów, filmowców, krytyków sztuki. Często takich osób, które go ukształtowały, ale też były. Po prostu, były w jego towarzystwie, w świadomości. W tle, nieco dalej, albo po prostu obok. Tak jak ten Alberto Giacometti czy Francis Bacon. To nie tylko zwyczajne punkty odniesienia, to także wielka ciekawość świata, możliwość patrzenia na innych. Fogtt jest erudytą, zachłannym na wiedzę. Postrzega ją swoim okiem. Czerpie z niej energię do tworzenia. Swoich bohaterów, którzy są z nim od zawsze, umiejscawia w podobnej jak i on przestrzeni. We własnej pracowni na warszawskiej Pradze. Widzi ich po swojemu, ale daje nam, zwykłym widzom szansę, aby dostrzec cały ten kontekst, który otaczał ich, a teraz, w swoistej transformacji i jego. Jak ten Piotr Potworowski, który przypomina snującego się Paula Verlaine po zakamarkach Paryża, choć lidera Kapistów, pamiętamy raczej z wesołego Super Balu na Montparnasse, gdzie wpadli Pablo Picasso i Gertruda Stein.

W portretach Andrzeja Fogtta odnajdujemy jeszcze coś, co chmurzy żarliwą afirmację życia i natury, przywraca sumienie i melancholię. Castrum Doloris. Czujemy, że tworzy obrazy nie do końca obojętnie, a swojego budulca nie traktuje ani ładnie ani brzydko. Nie jest niewolnikiem materii czy formy. Wybrał właśnie taką. Po prostu. Niektóre portrety, jak choćby te wyżej wspomniane, przywodzą na myśl drzeworyty. Są malowane krechą, bardzo jednorodnie. Przywracają rytmikę Wabi Sabi, japoński spokój, który jest adoracją przemijania świata. Kruchości życia. Portrety Fogtta jawią się zatem surowo i linearnie. Pomiędzy podobieństwem do malowanej postaci jest jeszcze inna przestrzeń: to intymność. Ta ostrość pędzla wynika z osełki, którą Fogtta ma zawsze obok palety. To melancholia właśnie. Nie odczytujemy jej jako użalanie się nad sobą. To raczej nieuchwytna tęsknota, wynikająca z oblicza naszych, ludzkich losów, kruchości życia, a także i tego doświadczenia, które stało się kontekstem dla każdej postaci. Dlatego portrety należy odczytywać jako osobne fragmenty karnetu Andrzeja Fogtta, intymnych zapisków z jego Pamiętnika.

Albo taki Edward Dwurnik. Mamy tutaj portret silnego człowieka. Widzimy to w jego spojrzeniu, mocnym charakterze, który Fogtt uwypuklił. Dodał też koloru, świadomie, aby odejść od linearyzmu. Chciał podkreślić osobowość i mocnego ducha człowieka, którego powaliła choroba. Pozostała tylko pustka. To jest filozofia, zawierająca nieskończenie wiele konotacji. Oddziaływanie pomiędzy życiem, a śmiercią oraz rytmami natury. Radością i smutkiem. Lecz Fogtt nie pokazuje równowagi pomiędzy radością życia, a smutkiem umierania. Zamiast tej nieuniknionej pustki, daje nam konterfekt. Portret, gatunek sarmacki.

Fogtt przywraca nam ów wyrób szlacheckiej tradycji w formie ubogiego piękna. To czysty Giacometti w swej estetycznej wrażliwości, piękno istniejące w rustykalnym, niedoskonałym, melancholijnie nieodwracalnym przepływie życia. Bo choć sarmacki w duchu, jest tutaj Andrzej Fogtt przedstawicielem europejskiej, hellenistycznej szkoły filozofii sztuki, która zawsze była obecna w jego malarstwie: chodzi o symbol życia, pragnienie istnienia za wszelką cenę, i które przezwycięża żałobę. Tak jak w portrecie Willem de Kooniga, pełnym fajewerku barw. Tamten malarz jest posągowy. Tak jak jego abstrakcje. To afirmacja sztuki. Artystę widzimy w całej krasie jego dzieła. Jest jakby multiplikacją swoich obrazów. W przeciwieństwie do Dwurnika czy Kępińskiego nie jest to portret sarmacki, pośmiertny konterfekt. To radosna oda do świata intelektu, młodości i czasów, kiedy język sztuki napawał nas wszystkich nadzieją. Logiczne i nielogiczne zarazem. Lecz takie obrazy może malować tylko artysta dojrzały.

Jest i David Hockney, różowy, słodki, pełen kropek. Te kropki na sweterku malarza przywodzą na myśl inną postać, choć to akurat moje skojarzenie. Chodzi o Kusama Yayoi, która tak pisała: „Wszystko –  cały wszechświat – zostanie unicestwione przez białe sieci nicości, łącząc się z astronomicznymi akumulacjami kropek. Białe sieci owijające czarne kropki cichej śmierci przeciwstawione całkowicie czarnym tłom nicości”.

Powiedziała o sobie: „Ja, Kusama, jestem współczesną Alicją w Krainie Czarów”. Każdy, kto zna twórczość Hockneya wie, że jest swoistym lustrem tego porównania. I on był Alicją w krainie czarów. A Fogtt o tym doskonale też wie, wyczuwa i potrafi jednym gestem dać całą opowieść o człowieku, którego portret maluje.

Jest zatem i Pablo Picasso. Mocny w formie i silnie zaakcentowany, malowany jakby zazdrośnie, ale doceniony za swój największy udział w kreacji świata wielkiej sztuki. I podobnie jak u Kapistów, którzy Picassa nie rozumieli, ale wiedzieli, że bez niego nie byłoby postępu, którego oni byli świadkami, Fogtt wyczuwa, że ten człowiek odmienił malarski punkt widzenia, spojrzał na perspektywę i budowę obrazu tak, że już nic przedtem nie było takie same. Dlatego Picasso jest tam, wśród innych w jego pracowni. Bo i on, podobnie jak Paul Klee czy Pierre Soulages wmówili nam, że sztuka po Cézanne nie jest dekoracją ani materią do manualnej zabawy. Przecież to Pierre Bonnard miał powiedzieć, że tylko abstrakcja uratuje malarstwo.

I tak się stało…

Dziś, w czasach schyłku Postmodernizmu i zaniku pewnych wartości, które do niedawna uważaliśmy za trwałe, łatwo nam spostrzec, że Manet zapoczątkował modernizm, podobnie jak Petrarka renesans. To tylko słowa historyka, patrzącego na późniejsze zdarzenia. I warto o tym pamiętać, patrząc na malarstwo Andrzeja Fogtta, widziane jako całość, czyli „Żywioły” i te niewielkie, intymne formy życia, które dostarczają tylu wzruszeń. Bo u Fogtta jest jak u Daniela-Henry Kahnweilera, że ten rodzaj ekspresji, często wydaje się nieczytelny, albowiem u niektórych widzów bodźce wzrokowe, do których nie są przyzwyczajeni, nie przywołują żadnych pamięciowych obrazów, ponieważ skojarzenia te, nie tworzą się, aż do chwili, gdy osoba przywyknie w efekcie ich oglądania…

Kahnwailer udowadniał przez to, że na przykład kubizm, po długim oglądaniu stanie się tak samo czytelny jak impresjonizm. To teza, która jest wyznacznikiem postępu w sztuce. Idzie on w parze z rozwojem myśli artystycznej, przełamywaniem barier i ograniczeń formalnych, estetycznych czy nawet społecznych. Sztuka jest zawsze w coś zaangażowana. Fogtt o tym mówi bardzo wyraźnie, bo nigdy nie odstąpił od swojego  przedstawiania świata, niezależnego i pełnego wibrującego życia.  Bo choć lubimy go od zawsze za żywą materię koloru, tym razem dał nam lekcję poznania człowieka. Poprzez owe portrety, które stały się częścią jego intymnego świata. Schowane w głębi pracowni, malowane dzień i w nocy, stały się obsesyjnie cząstką jego życia.

Tomasz Rudomino, Paryż 2019

 

Ekspozycja ARTYŚCI 2019r.

Ekspozycja

 
 

 


 

Antoni Fałat 70x50cm

Balthus 50x40cm

Edward Dwurnik 50x40cm

 


 

Jerzy Derfel 80x70cm

Dawid Hockney 80×90cm

Wather von Gottberg 41×38

 


 

Francis Bacon 50x40cm

Markus Lupertz 70x50cm

Tadeusz Dominik 60x50cm

 


 

Jerzy Bereś 100x70cm

Wojciech Siemion 24x18cm

Wróblewski 100x70cm

 


 

plakat

 

ulotka

 

Alster 2 ,200x300 cm 2018

Alster 2, 200×300 cm 2018

Alster 200x300 cm 2018 oil

Alster 200×300 cm 2018 oil

 

Alster III 200x300 cm 2018

Alster III 200×300 cm 2018

 

Walter von Gottberg 130×150 cm olej na pł

Markus Lupertz 180x170cm olej 2017

 

 

 

Lupertz 41×33 cm olej 2017

Lupertz 41x33cm olej 2017

Lupertz 2017 70x50cm

 

 

glowne

JACQUES SCHUMACHER
A.M FOGTT

 

premiera
czerwiec 2018 r.

 

FUNDACJA  A.M. FOGTT – PRACOWNIA – GALERIA

 

Warszawa ul. Inżynierska 6
Tel +48 501 092 984, andrzejfogtt13@gmail.com

 

logo-ambasada-Niemiec


Ewa von Gottberg

DUET

Istnieje poznanie pozazmysłowe, dotyczy ono szeroko rozumianego bytu.
A sztuka jest jego manifestacją.
Na diametralnie przeciwstawnych biegunach tożsamości spotykają się w Hamburgu dwaj artyści.
Niemiec – fotograf i Polak – malarz.
Rozumieją się bez słów, bo dialog jest zbędny. Ich językiem jest symbol – cel sztuki.
Obydwaj wiedzą, kim jest siedzący obok. Nie kokietują. Są autentyczni i otwarci na dalszy rozwój.

Fotograf zabiera nas w świat surrealistyczny, z prostych przedmiotów tworzy nowy porządek.
Puszcza do nas oko – odważnie gra elementami absurdu.
Przenosi nas w świat wizualnej poezji.
Zaskakuje fantazją, wyobraźnią i wolnością interpretacji.
Ma ogromne poczucie humoru i dystans do siebie.

Malarz pokazuje nam prawdę bytu.
Jest uwięziony w potrzebie odniesienia się do wszystkiego, co widzi, a przede wszystkim tego, co przeżywa i czuje.
Z refleksem pantery bezpardonowo uderza w sedno.
Na dużych formatach wykrzykuje swoją prawdę i zmusza odbiorcę do szacunku, jaki się jego prawdzie należy.
Ten sam rodzaj wibracji kolorów widzi w naturze i ludzkim ciele.
Jest malarzem totalnym. Bezkompromisowym w kwestiach sztuki.
Nie ma dystansu do siebie ani poczucia humoru.

Dwaj soliści na moment scaleni w świadomie wykreowanym porządku
Bezbłędnie odnajdują się w nowej rzeczywistości.
Fotografia i olej. Hybryda, rozprysk, nielinearna koncepcja. Absurd.
A my?
Pełni zachwytu i wdzięczności z zapartym tchem czekamy na więcej.
Czujemy, że jesteśmy świadkami nowego porządku.

Fotograf Jaques Schumacher ur. w 1933 r.  W Holandii, studiował w Bielefeld, następnie w Paryżu gdzie pracował jako grafik i designer i fotograf. Od połowy lat 60tych mieszka i pracuje w Hamburgu.
Od wielu lat na szczycie w rankingu najlepszych fotografów na świecie. Profesor akademicki. Członek Związku Fotografików Niemieckich.

Malarz A.M.Fogtt ur. w 1950 r. w Poznaniu, gdzie studiował w Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych pod okiem prof. Magdaleny Abakanowicz i prof. Zdzisława Kępińskiego. W 1984 r reprezentował Polskę na Biennale w Wenecji. Liczne wystawy w całej Europie. Jego obrazy wiszą w wielu narodowych muzeach, oraz prywatnych kolekcjach na świecie.
Mieszka i pracuje w Warszawie. Od 2018 r. z fundacją jego imienia w nowej galerii-pracowni, gdzie obok jego własnych obrazów będą prezentowane dzieła artystów niemieckich.
Miejsce – galeria autorska przy ul. Inżynierskiej 6. Nowy adres na kulturalnej mapie Polski. Most przerzucony ponad politycznymi i ideologicznymi podziałami . Miejsce udostępnione w celu zaprezentowania polskiej i międzynarodowej publiczności bez jakiejkolwiek manipulacji i tendencyjności współczesnych artystów niemieckich.
Fascynująca światowa galeria o magicznej pięknej duszy.

Ewa-von-Gottberg

Ewa von Gottberg –autor idei prezentowania wybitnych
artystów niemieckich w Galerii A.M.FOGTT